Małgorzata Marcinkowska: Postanawiam być szczęśliwa

Pierwsze trzy tygodnie Nowego Roku za nami, fajerwerki ucichły, sylwestrowe kreacje wiszą w szafach, w centrach handlowych zimowe wyprzedaże, czekamy na dłuższe dni i wiosnę, która powita nas za kilka tygodni cieplejszym wiatrem i promieniami słońca, za którym teraz tęsknimy.

A co noworocznymi postanowieniami? Z celami, które sobie wytyczyliśmy na Nowy Rok? Ponieważ większość z nas na święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok otrzymała życzenia szczęścia, może by tak postanowić – będę szczęśliwa, będę szczęśliwy ?

Czym dla Ciebie jest szczęście, czego potrzebujesz, żeby tak się czuć? W tym pragnieniu ukrytych jest bardzo wiele znaczeń. Ostatnio w rozmowie z pewną kobietą usłyszałam – wie pani, dzisiaj nie bolała mnie głowa, boli mnie codziennie, kiedy ból ustępuje jestem szczęśliwa. Dla jednych jest to ulga w codziennym cierpieniu, dla innych osiągnięcie jakiego ważnego celu, dla jeszcze innych pojednanie się z kimś – ilu ludzi tyle szczęść…

W tym dążeniu do szczęścia kryje się pewne niebezpieczeństwo – uzależnienie swojego szczęścia od kogoś lub czegoś, na co nie mamy wpływu.
Czas świąt, który – dla niektórych – na szczęście minął to czas, kiedy nieuchronnie wracamy do ważnych dla nas osób i zdarzeń, także takich, które zostawiały na nas bolesny ślad, do naszych emocjonalnych zranień święta to przecież z założenia  czas pojednania, przebaczenia, podania rąk. Nawet zwierzęta mówią wtedy ludzkim głosem… Nawet jeśli dawno przestaliśmy w to wierzyć, to często na dnie serca pozostaje pragnienie, żeby magiczny czas przełomu roku coś zmieniał na lepsze, otworzył, udrożnił, przeciął. Chcielibyśmy żeby zrobił to czas, żeby nas leczył, kiedy my sami nie wiemy co zrobić.

Kiedy mamy fizyczną ranę – szczególnie jeśli jest duża – nie przychodzi nam do głowy, żeby zostawić ją czasowi. Przeciwnie – jedziemy do lekarza, pozwalamy mu, żeby oczyścił i zdezynfekował ranę, żeby ją zszył i nałożył opatrunek. Z chorym miejscem obchodzimy się delikatnie, chronimy je, uważamy na nie, inni nam współczują, podpowiadają co zrobić, żeby rana zagoiła się jak najlepiej, żeby potem blizna wyglądała ładnie. Wkładamy dużo starania w to, żeby chorym miejscem się zaopiekować.

Czy podobnie postępujemy z naszymi emocjonalnymi zranieniami? Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć w odniesieniu do bolesnych doświadczeń innych osób lub moich własnych – zostaw to, nie myśl o tym, nie zaglądaj tam, przestań już o tym mówić, nie wracaj. To niestety nie działa, bo „samo się” myśli, wspomina, rozważa.

Kiedy patrzymy na zagojoną ranę na dłoni ból nie wraca, kiedy patrzymy na zdjęcie osoby, która nas zraniła ból potrafi wrócić ze zdwojoną siłą. Czego więc nam wtedy potrzeba? Dokładnie tego samego co w przypadku fizycznej rany – uwagi, opieki, współczucia, obecności, troski, przytulenia. Kogoś przy kim wyliżemy ranę. Oczywiście o wiele łatwiej jest powiedzieć – nie myśl o tym, niż objąć, podać chusteczki i w milczeniu towarzyszyć strapionej osobie. Trudniej, ale – paradoksalnie – nasze uczucia słabną, kiedy robimy im miejsce, pozwalamy wybrzmieć, skupimy się na nich tak, jak to jest z dzieckiem, które rozbiło kolano i tuląc się w ramionach matki przestaje płakać choć rana nie znika.

Jeśli więc Drogi Czytelniku postanowisz być szczęśliwy w Nowym Roku pozwól sobie na bycie sobą i pozwól światu, żeby się czasem nad Tobą pochylił, bądź dla siebie współczujący, wyrozumiały, nie pozostawaj sam ze swoim strapieniem,  bo rzadko przychodzi  w samotności.

Małgorzata Marcinkowska

 

X
%d bloggers like this: